„Wariacje Tatrzańskie” – Przyzywająca magia gór

Przyzywająca magia gór

Wszystkie wakacje swego dzieciństwa spędzałam z rodziną w małej górskiej wiosce leżącej u stóp Tatr.

Mieszkaliśmy w chałupie z grubych drewnianych bali pobudowanej na wierchu, z którego rozciągał się niczym nieograniczony, panoramiczny widok na grań Tatr Polskich ciągnącej się od Giewontu po Koszystą. Spozierałam na wyzywająco wysokie szczyty i granie połyskujące w słońcu na tle błękitnego nieba lub przykryte kołdrą szaro-granatowych chmur wiatru halnego, pobielone świeżym opadem śniegu albo w ogóle skryte za kurtyną mgieł i deszczu.

Coraz więcej pojawiało się w mojej głowie pytań. Jak długo się tam idzie? Czy trudno wdrapać się na te szczyty? Aż w końcu: jak wygląda świat z odwrotnej perspektywy, widziany z wierzchołków i szczytów?

Odpowiedzi znajdowałam w trakcie licznych wycieczek w Wysokie Tatry, które odbywałam z Rodzicami i Braćmi. Całkiem raźno pomykałam za nimi, przeskakując z kamienia na kamień lub przeczołgując się przez łany kosodrzewiny po jej elastycznych gałęziach, podczas gdy inni musieli się przez nie przedzierać górą. Cały swój górski dobytek: sweterek, wiatrówkę i inne niezbędne rzeczy niosłam sama, w małym, uszytym przez mamę plecaczku tzw. antałku.

Niewiele mogło mnie zniechęcić: ani wiatr, ani ulewny deszcz, który nierzadko przenikał mnie do gołej skóry. Wsłuchiwałam się w opowieści Ojca o romantycznych czasach, kiedy wspinał się razem ze swoim bratem w towarzystwie Wawrzyńca Żuławskiego i Tadeusza Orłowskiego, albo przysłuchując się rozmowom, nierzadko zaprawionych lekkim mistycyzmem i nostalgią, toczonym z nielicznymi ocalałymi po wojnie jego rówieśnikami.

Początkowo Ojciec zadbał przede wszystkim o właściwe górskie wyedukowanie Braci, a kiedy oni wyfrunęli spod jego skrzydeł zabierał mnie na odważniejsze i dłuższe wyprawy m.in. razem przeszliśmy całą Orlą Perć, wspięliśmy się na Mięguszowiecki Szczyt trawersem przez północną ścianę. Uwielbiałam te górskie eskapady, a ziarno marzenia o zdobywaniu gór pęczniało we mnie.
Każde marzenie kiedyś kiełkuje. W trakcie wzrostu zdarza się, że obumiera albo rozwija się w piękny kwiat cieszący barwą i kształtem. I choć bywa, że gubi on później płatki, potrafi też w zasuszonej formie przetrwać latami, uzupełniany o następne źdźbła kolejnych zrealizowanych wyzwań. Spełnione pragnienia układają się w bukiet wspaniałych wspomnień.

Moje marzenie o górach zaczęło kiełkować na podwarszawskich bunkrach. Zaczynało tu swoje kariery wspinaczkowe wielu warszawian. W czasach kiedy nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, że mogą istnieć sztuczne ścianki wspinaczkowe, to głównie miejsce zamieszkania, decydowało o możliwościach treningu wspinaczkowego.

Środowisko krakowskie czy wrocławskie miało dostęp do naturalnych tworów skalnych, na których mogło ćwiczyć technikę, metody asekuracji i wyrabiać odpowiednią muskulaturę. Dolinka Będkowska, Skałki Janowickie, Sokoliki, Góry Stołowe były do tego wprost stworzone.

Środowisko warszawskie musiało radzić sobie inaczej. Wyjazdy w najbliższe skałki były mocno ograniczone problemami komunikacyjnymi, czasowymi i finansowymi. Nikt z nas nie dysponował wtedy własnym samochodem, uczyliśmy się lub pracowaliśmy 6 dni w tygodniu, a nasze zasoby finansowe były wielce skromne.

W pewnym momencie na zebraniach Klubu Wysokogórskiego zaczęła krążyć wieść, że ktoś „odkrył” świetne bunkry, których wysadzone, poszarpane kształty imitują skałki i znakomicie można się na nich powspinać. Nazwa położonej 20 km pod Warszawą miejscowości – Czosnów zaczęła elektryzować wszystkich.

Rzecz jasna nie trzeba było nam tego wiele razy powtarzać i wczesne kursy autobusowe PKS w weekendy zostały zapełnione do granic możliwości młodymi ludźmi z wielkimi plecakami wypełnionymi linami i różnym sprzętem. Wczesny dojazd nie stanowił wielkiego problemu, za to powroty w niedzielne popołudnia był wielką loterią, gdyż kierowcy zapchanych autobusów, widząc czeredę umorusanych, objuczonych ludzi, często nawet nie zatrzymywali się na przystanku. Bywało, że czekaliśmy na kolejny kurs lub rzadko udawało się zabrać autostopem, a nawet wracaliśmy na piechotę przez Puszczę Kampinoską. Kiedy robiło się cieplej i udało nam się „urwać” w sobotę z zajęć, biwakowaliśmy w okolicznych laskach pod namiotami.

Bunkry w Czosnowie stały się wkrótce naszą weekendową mekką. Były rozczłonkowane na dość dużym obszarze, niezbyt wysokie, a ich „gniazda” usytuowane w rozpadlinach wśród wydm porośniętych małymi sosenkami – samosiejkami, krzakami i trawą. Największy kompleks stanowiła ściana ok. 6 m wysokości ułożona kulisowo, w całości dość dobrze zachowana. Inne stanowiska nie były tak spektakularne, ale dające niezłe możliwości wypróbowania różnych technik wspinaczkowych np.: studnia, gdzie ćwiczyliśmy zapieraczkę, pęknięte pionowe szczeliny, na których wspinaliśmy się tzw. dilferem, różne trawersy na podchwyty czy zjazdy w kluczu (1). Poznawaliśmy zasady wspinaczki techniką hakową. Najczęściej ubezpieczaliśmy się asekuracją odgórną, stanowiska zakładając z pni sosenek rosnących powyżej. Współcześnie większość z tych dróg zaliczona byłaby zapewne do tzw. boulderingu (2), wówczas podchodziliśmy do tego bardziej na poważnie.

Lepiej zorientowani historycznie uświadomili nam, że bunkry te powstały jeszcze przed I w. św. (3) Nic więc dziwnego, że główna ściana od razu zyskała nazwę „Cara Mikołaja” i stanowiła największe wyzwanie. U jej stóp w cieniu lub na przeciwległym, nasłonecznionym stoku rozsiadało się całe towarzystwo, czekające w kolejce na zwolnienie się kolejnych dróg lub po prostu gadające i cieszące się wolnym czasem.

Do Czosnowa trafiłam jeszcze będąc w szkole podstawowej. Jeździłam tam z moim bratem Henkiem i jego kolegami Bartkiem i Andrzejem.
Pewnego razu bardzo wczesną wiosną, kiedy tylko stopniały największe śniegi, a słoneczko zaczęło śmielej przygrzewać rozlokowaliśmy się pod „Carem Mikołajem”. Chłopaki od razu ruszyły na podbój ściany. Ja także kilka razy poszturmowałam drogę klasyczną przez tzw. „okno”, które stanowiła wygładzona wnęka w ścianie, na której żartowaliśmy, kiedyś musiał być umieszczony portret cara. Wtedy moje liczne próby zwykle kończyły się niepowodzeniem – byłam za niska, za słaba, choć woli walki mi nie brakowało. Zmęczona i zniechęcona, znudzona obserwowaniem, jak innym się udaje, zaczęłam myszkować po okolicy. Weszłam do wnętrza bunkrów, do mrocznego korytarza biegnącego wzdłuż ściany. Nie wiadomo kiedy, raptem straciłam grunt pod nogami i wylądowałam półtora metra niżej, w wodzie, krusząc cienką warstwę lodu. Rumor, którego narobiłam ściągnął natychmiast Henka. Wyciągnięta z rowu, mokra niczym kura zostałam ubrana w najcieplejszą kurtkę Andrzeja i usadzona na przeciwstoku, na słońcu, gdzie jak niepyszna musiałam dotrwać do godziny powrotu.

Z czasem grono moich górskich znajomych zaczęło się powiększać. Wkrótce już samodzielnie, w ich towarzystwie zaczęłam odwiedzać Czosnów i zyskiwałam coraz większą sprawność w pokonywaniu różnych skałkowych trudności. Nawet dziś pamiętam uczucie satysfakcji i radości, jaką sprawiło mi pokonanie „Cara Mikołaja”!

Nasze apetyty wspinaczkowe były jednak nienasycone, a bunkry w Czosnowie skłoniły nas do szukania innych w okolicy Warszawy. I tak wkrótce zostały one zdetronizowane przez bunkry w Janówku. Trasa kolejowa do Nowego Dworu Mazowieckiego umożliwiała znacznie łatwiejszy dostęp, były bardziej urozmaicone, dające satysfakcję zarówno początkującym, jak i tym, którzy aspirowali już do miana bardziej doświadczonych wspinaczy. Na tzw. „Bunkrach Małych” skupiali się początkujący, na „Bunkrach Dużych” ćwiczyły już wyrobione wygi. Tak naprawdę byliśmy wtedy równo wymieszani. Doświadczenie i wiek nie stanowiły o naszym wzajemnym stosunku, wszyscy znaliśmy się „jak łyse konie” i dobrze czuliśmy się w licznym towarzystwie. Łatwiejszy dostęp umożliwiał nam częstsze tam wyskoki, nierzadko nawet popołudniowe, w dni wolniejsze od zajęć na uczelni. Kiedyś zimą wybrałam się tam z kolegami w pionierkach (4). Wróciłam zmarznięta na kość, a nogi musiałam rozgrzewać w miednicy z ciepłą wodą.

Na bunkrach w Janówku odbywała się także praktyczna część kursów szkoleniowych KW (5) lub przeprowadzano kwalifikacje na wyższe stopnie taternickie. To tam pod okiem doświadczonego instruktora zdobyłam ostatecznie stopień członka zwyczajnego KW, a później sama zaczęłam szkolić kursantów.

Bunkry były wtedy tym czym teraz są ścianki wspinaczkowe. Uzupełniały jednak w pewnym stopniu potrzebę nauczenia się pokonywania takich trudności, jak podejście pod ścianę z ciężkimi plecakami, dostosowanie się do warunków atmosferycznych i często mokrych, zapiaszczonych, brudnych formacji skalnych. Nierzadko wracaliśmy z nich, jak mawialiśmy, tak „zbułowani” (o zmęczonych mięśniach), że następnego dnia mieliśmy trudności z utrzymaniem czegoś w rękach. Wypady te dawały przedsmak tego co mogliśmy spotkać później w Tatrach.

Niezależnie od wyjazdów na bunkry, w dłuższe, najczęściej pierwszomajowe weekendy lub na jesieni wybieraliśmy się w najbliższe nam skały zawierciańskie – do Kroczyc i Podlesic. Były to swoiste mini wyprawy.

Sama logistyka miała w sobie coś z przygotowania dalekich wypraw, a fakt znalezienia się w zupełnie innym środowisku, wśród pięknych bukowych lasów porażających swą wiosenną seledynową zielonością lub ognistą jesienną czerwienią tylko to wrażenie podsycało. Czekaliśmy na te wyjazdy z niecierpliwością i utęsknieniem. Kojarzyło nam się to z pełną wolnością i oderwaniem od otaczającej nas na co dzień szarzyzny socjalistycznej rzeczywistości.

Przygotowanie polegało na zgromadzeniu odpowiedniego sprzętu, znacznie bardziej wymagającego niż tego na bunkry. Względne wysokości skałek wynoszą 40, 50 metrów, potrzebowaliśmy więc dłuższych lin. Mało kto z nas dysponował wtedy własnymi linami, podobnie niewiele posiadaliśmy karabinków, nie wspominając o tych lekkich. Tych było jak na lekarstwo! Korzystaliśmy zatem ze sprzętu wypożyczanego z magazynu Klubu Wysokogórskiego. Odpowiednich haków, a tym bardziej „kości”(6) nie mieliśmy.

Początkowo wiązaliśmy się bezpośrednio liną, później za pomocą pasów asekuracyjnych najczęściej wykonanych własnoręcznie. Ze względu na te braki w wyposażeniu wspinaliśmy się głównie na tzw. „wędkę” czyli z asekuracją odgórną. Wraz z przybywaniem odpowiedniego sprzętu, te drogi, na których występowały naturalnie ukształtowane skalne uszy, na których mogliśmy założyć pętle, czyniąc z nich tzw. przelotowe punkty asekuracyjne, zaczęliśmy wspinać się z tzw. asekuracją oddolną. Niestety nie obywało się bez wypadków, kiedy w razie nagłego odpadnięcia od ściany kruchy wapień się wyłamywał. Kończyło się to czasami poważnymi urazami, połamaniami i kontuzjami. Znacznie później powstała Jurajska Służba Ratownicza, która ubezpieczyła drogi w stałe punkty asekuracyjne tzw. spity (7) i haki z łańcuchami do zakładania górnych stanowisk zjazdowych.

Oprócz sprzętu stricte wspinaczkowego musieliśmy skompletować sobie odpowiedni ekwipunek bytowy: namioty, materacyki, maszynki benzynowe do gotowania czy ciepłe śpiwory. Majowe i listopadowe noce należały do bardzo chłodnych. Nierzadko woda pozostawiona w menażce rano była zamarznięta. O brzasku słychać było zatem, jak w namiotach ludzie szczękali zębami, albo z nich wyskakiwali, żeby ogrzać się w ruchu. Ciepłe, puchowe śpiwory najczęściej szyliśmy sami lub zamawialiśmy je u tych, o których wiedzieliśmy, że to potrafią.

Musieliśmy zabierać ze sobą także kanistry lub brezentowe wory na wodę, gdyż była ona dostępna tylko nisko w zabudowaniach wsi i trzeba było schodzić po nią na dół parę kilometrów. W Kroczycach najbliższy dostęp do wody był w gospodarstwie p. p. Welonów, którzy niechętnie udostępniali licznej gawiedzi dostęp do pompy studni głębinowej. W Podlesicach trzeba było zejść jeszcze niżej do samej wsi. Wytarganie tej wody do miejsca biwakowania było uciążliwe i później oszczędzaliśmy, używając jej jedynie do celów spożywczych.

Praktycznie całe zaopatrzenie na cały czas pobytu zabieraliśmy z Warszawy. W wiejskich sklepikach niewiele wtedy można było kupić. Zakup chleba stanowił problem, bo jego ilość była limitowana zapotrzebowaniem lokalnych mieszkańców.
Nic więc dziwnego, że kiedy wszystko to spakowaliśmy, to nasze wory transportowe miały wielce pokaźne rozmiary i niemało ważyły. Z tym bagażem ładowaliśmy się do pociągu do Zawiercia, gdzie najczęściej o brzasku wysiadaliśmy przenosząc się na kompletnie pusty o tej porze dworzec autobusowy w oczekiwaniu na pierwszy dogodny kurs w pobliże Podlesic. Zdarzało się, że kierownikowi dworca PKS, widzącego tłum chętnych, udawało się zorganizować kurs nadprogramowy, za który płaciliśmy dokonując „zrzutki” w określonej kwocie. Podróż w atmosferze budzącego się zamglonego poranka, z otwierającą się szeroką panoramą doliny wokół Kostkowic miała w sobie coś fantazyjnego i niesamowitego.

Cały bagaż musieliśmy wytargać do góry piaszczystą drogą, w której grzęzły nam nogi, dopiero wyżej na przełęczy robiło się stabilniej i teren się wypłaszczał. Grupy skał kroczyckich i podlesickich oddalone są od siebie o 7 – 10 km. W zaprzyjaźnionych grupach i zespołach decydowaliśmy, gdzie tym razem mamy zamiar się wspinać i każdy rozbijał swój obóz tam, gdzie najbardziej mu się podobało: na przełęczy, na polanie, w lesie. W zasadzie nie było żadnych ograniczeń. Zdarzało nam się też biwakować pod naturalnie ukształtowanymi przez skały zadaszeniami np. w „Kawernie” (inaczej zwanej też „Okrętem”) czy w grotach w rejonie „Filara Wyklętych”. Marne to jednak były schronienia przy dłuższych opadach czy wietrznej, chłodnej pogodzie.

Przez kolejne dni intensywnie wspinaliśmy się od rana do zmierzchu wymieniając się na różnych trasach wspinaczkowych na wielu skałach.

Wieczorami paliliśmy ogniska, gadaliśmy, czasem, gdy trafił się ktoś z gitarą śpiewaliśmy i …wygłupialiśmy się.
W trakcie jednego z listopadowych wyjazdów kupiliśmy w Podlesicach beczkę piwa. Jej dotoczenie do biwakowiska stanowiło dla facetów niemałe wyzwanie. Na nierównej, wyboistej, piaszczysto – kamienistej drodze, często dość stromej i wąskiej beczka tańczyła na wszystkie strony i osuwała się. Była przy tym jednak kupa śmiechu i „jajarstwa”. Za to potem ile radochy było!

Powroty na niziny, do codzienności jawiły się jako przykrość, były znacznie trudniejsze i bardziej skomplikowane niż dotarcie do tej krainy.

Wszystko to stanowiło element niezwykłej przygody przybliżającej nas do prawdziwych gór.
Sadzę, że droga, którą podejmowaliśmy, aby osiągnąć swój górski cel, wymagająca pokonania wielu przeszkód i niedogodności dobrze przygotowała nas do późniejszych większych wyzwań, prawdziwych dalekosiężnych wypraw. Z pokolenia „Łojantów lat 70.” wywodzą się światowej sławy wspinacze, alpiniści i himalaiści zasługujący na miano „górskich wojowników”. Jeszcze więcej jest takich, dla których wspinanie stanowiło zwykłą, czystą przyjemność. Być może dzięki temu żyją do dziś, zgodnie z tytułem książki Aleksandra Lwowa „Zwyciężyć znaczy przeżyć”!

Z biegiem lat coraz więcej z nas „wsiąkało” w zwyczajne życie, a zastępowali nas kolejni młodzi ludzie. Kiedy po wielu latach przyjechałam w skałki z dziećmi miałam wrażenie, że wspinają się one śmielej, odważniej i bez zahamowań, które były naszym udziałem. Obserwowałam, jak z nowoczesnym sprzętem, młodzi ludzie klasycznie pokonują drogi, które nam wydawały się niemożliwe do przebycia.
Niemożliwe stało się możliwym!

*****

(1) – zjazd w kluczu – zjazd na linie bez korzystania ze specjalnych przyrządów.
(2) – Fort V powstał w latach 1883-88, niedaleko wsi Dębina i Czosnów, w ramach budowy pierwszego pierścienia fortów wokół Modlina.
(3) – bouldering ( z jęz. ang.) – aktywność polegającą na wchodzeniu na zazwyczaj wolnostojące, kilkumetrowe kamienie bez użycia asekuracji liną.
(4) – pionierki – popularne buty wykonane ze skóry naturalnej, tradycyjne obuwie do munduru harcerskiego.
(5) – KW – klub Wysokogórski Warszawa
(6) – kości – elementy w postaci metalowych brył służące do asekuracji, zastępujące haki
(7) – spity – rodzaj metalowego nitu z uchem osadzanego na stałe w skale

 

Autor: Janka Dąbrowska

Ilustracja: Katia Shramko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *