„Wariacje tatrzańskie” – Zwariowany trawers

 

Kolejny rok uciekam w styczniu w Tatry do „Betlejemki”. Z ulgą opuszczam miejskie mrowisko, pozostawiając za sobą monotonię codziennych zależności i powinności.

Spotykam tam tradycyjnie Janka i Grześka. Poza nami jest tylko mocno starszy Pan, którego mieliśmy okazję poznać w tym miejscu parę lat temu. Nic bliższego o nim nie wiemy, oprócz tego, że podobnie jak my wydaje się być szczęśliwy, iż może przebywać w tym miejscu. Porządnie wyposażony, z rakami i czekanem odbywa krótkie wycieczki, resztę dnia spędzając na paleniu w kominku, czytaniu i gospodarowaniu w sali instruktorskiej. W skrytości zastanawiam się czy mnie też tak będzie kiedyś dane?

Zimowe warunki do włóczenia się po górach wydają się być znakomite. Gruba warstwa przewianego śniegu, dobrze związanego z podłożem przyzywa zapraszająco: „Wykorzystaj okazję! Nie trać czasu!”

Nie zamierzamy go tracić! Następnego dnia wyruszamy w ramach rozruchu, poznania swoich aktualnych możliwości kondycyjnych, na wycieczkę na Zawrat.

Ranek wita nas lekko poszarzałym niebem i niewielkim mrozem. Słońce prześwituje przez filtr równomiernie rozsnutych chmur, wokół panuje niczym niezmącona cisza, nawet świerki i kosodrzewina tkwią nieruchomo, jakby nieskoro było im się jeszcze obudzić.

Zbieramy się nieśpiesznie, ale w końcu równomiernym krokiem, wstawiając nogi w „wytuptane” ślady, idziemy ścieżką do Czarnego Stawu. Dość szybko orientuję się, że zupełnie nieświadomie wyrywam do przodu. Gna mnie neoficka niecierpliwość i świeża chęć zanurzenia się w tym co „górskie”, zmęczenia podejściem, odetchnięcia pełną piersią, wyrównania oddechu, złapania właściwego rytmu w marszu i…. w głowie.

Panowie zostają w tyle. Idą wolno i z trudem. Czyżby dawały o sobie znać wypalane jeden za drugim papierosy i kolejne wypite piwa? Czekam na nich na morenie stawu schowana w śnieżnym zakolu wokół wielkiego bloku skalnego.

Widnieje na nim biało niebieski znak szlaku wiodącego na Zawrat. W oczekiwaniu przypominam sobie, jak pierwszy raz, będąc 6 letnią dziewczynką podążałam latem tym szlakiem razem z Ojcem. Wyruszając rankiem z „Księżówki” (52), widząc jak Ojciec pakuje do plecaka niewielki młotek zapytałam:

– Po ci tata ten młotek?

Odpowiedział mi:

– Zobaczysz

Kiedy schodziliśmy już z Zawratu przy jednym z takich znaków Ojciec się zatrzymał, wyciągnął ten młoteczek i starannie zaczął nim wystukiwać czerwoną małą gwiazdkę umieszczoną w prawym górnym rogu białego pola.

– To gwiazdka umieszczona na cześć Lenina, który podobno kiedyś przemierzał ten szlak. Jednak od wieków ta trasa była szlakiem tatrzańskich przewodników! Nie potrzebne są na niej takie symbole. Każdy szanujący się taternik uznaje, że należy ją z nich oczyścić

W późniejszych latach zdarzało mi się samej jeszcze parę takich gwiazdek usunąć, aż zniknęły bezpowrotnie.

Kiedy dobijają do mnie panowie umawiamy się, że każdy z nas idzie swoim tempem, łapiąc kontakt na kolejnych odpoczynkach.

Dobrze przetartym szlakiem wędruje mi się wyśmienicie, z radością spoglądam na tak dobrze znane mi zbocza i szczyty, jakby polukrowane białym śniegiem, gdzieniegdzie lodem. Witam się z nimi w myślach. Zatrzymuję się nad Zmarzłym Stawem podziwiając barierę z biało-zielonych lodospadów.

Po dłuższym czasie dobijają do mnie panowie, którzy rozsiadają się na dłuższy odpoczynek, zapalają papierosy.

Zmarznięta, z radością zaczynam podchodzić wprost żlebem na rysującą się na tle nieba przełęcz. Wkrótce, pod przychylnym, miłościwym wzrokiem małej figurki Matki Boskiej ukrytej w załomie północnej ściany Zawratowej Turni, wychodzę na przełęcz. A tam rozciąga się przede mną szeroka, nieco zamglona panorama Tatr. Spoglądam w dół i dostrzegam dwie kropki kolegów mozolnie pnących się po śnieżnej połaci do góry.

Jak to na grani bywa, dopada mnie tu wiatr, który miecie śniegiem zwiewanym z otaczających skał i ścian. Robi się zimno, mimo iż kryję się za granitowym załomem i dodaję sobie energii słodyczami.

Kiedy spotykamy się na przełęczy w pełnym składzie, jestem przemarznięta i poirytowana. Chłopaki chcą zaraz wracać, ja czuję niedosyt i wewnętrzną złość. Szkoda mi tego dnia, tego podejścia, nie chcę tego miejsca jeszcze opuszczać. Mówię kolegom, że spróbuję jeszcze podejść w kierunku Zawratowej Turni, a tam wyjrzę na jej północną stronę. Jeżeli uznam, że warunki na to pozwalają, przetrawersuję podszczytowymi, płytowymi tarasami w kierunku Niebieskiej Przełęczy, z której żlebem opuszczę się do podstawy ściany.

Koledzy odradzają mi tę eskapadę, jest ryzykowna i niebezpieczna, tym bardziej, że będziemy kompletnie pozbawieni kontaktu ze sobą. Ja jednak jestem nakręcona i zdeterminowana. Rozstajemy się.

Ruch mnie skutecznie rozgrzewa. Przewijam się przez ostrze grani. Po północnej stronie zanurzam się w mroczny cień, a przede mną ciągną się stromo pochylone zbocza szczelnie pokryte całunem niczym nieskażonej bieli. Stawiam pierwsze kroki brodząc w śniegu nawianym pod skalnymi progami. Staram się robić możliwie długie susy, aby szew moich śladów był możliwie luźny, nie przecinający nadmiernie śnieżnej materii. Trzymam się skał, starannie ważąc każdy swój ruch. Zwykle, gdy działam samotnie w trudniejszych momentach zaczynam ze sobą rozmawiać. Mówię do siebie:

– Spokojnie kobieto! Powoli, nie śpiesz się! Myśl!

Zdaję sobie w pełni sprawę z ryzyka, że wszystkie te śnieżne pola mogą wyjechać z lawiną. Jednak to mnie mobilizuje i co tu dużo mówić – podnieca. Wyznacznikiem jest imponujący uskok Niebieskiej Turni, ku któremu skutecznie, acz powoli dążę. Jestem tak skupiona, że nawet nie dostrzegam, że koloryt dnia się zmienia, przybierając nieco szaro-fioletową barwę zbliżającego się zmierzchu. Jeszcze parę trudniejszych fragmentów sprowadzających mnie na szczerbinę w grani pod pionowym spiętrzeniem Niebieskiej Turni. Spozieram do góry i z ulgą myślę sobie:

– Jak to dobrze, że ja w dół a nie do góry!

Uspokaja mnie czarno-biały o tej porze widok Doliny Stawów Gąsienicowych, kompletnie zdaje się teraz dziewiczych, nieco rozmyty sunącymi strugami zwiewanego z pól śniegu, spod którego gdzieniegdzie wystają ciemne kosmyki kosodrzewiny.
Żleb choć zasypany śniegiem, co pewien czas uzbrojony jest jednak w zlodowaciałe uskoki. Wykorzystuję szczeliny utworzone po jego bokach, tam gdzie lód nie jest ściśle związany ze skałą.

Z poczuciem triumfu staję na stożku usypanym u wylotu żlebu. Zrobiłam to!

Mroczniejący coraz bardziej dzień skłania mnie do tego, że po przejściu pod zerwami Kościelców, nie przejmując się prawidłami rezerwatu, schodzę wprost w kierunku Murowańca. Zęby raków tylko-tylko wrzynają się w pokrywę śniegu, po którym idzie się jak po betonie.

Niesiona poczuciem spełnienia, błyskawicznie docieram do schroniska mrugającego do mnie ciepłym, żółtym światłem.
Jestem zaskoczona i zaniepokojona tym, że na sali nie dostrzegam kolegów. Siadam z widokiem na okna, za którymi robi się już ciemno. Co i rusz w nie spoglądam.

Wychodzę przed drzwi schroniska, gdy dostrzegam za oknami dwie powoli sunące postacie.

 

Autor: Janka Dąbrowska

Ilustracja: Katia Shramko ( kathe-shramko.com)

Grafiki z „Wariacji tatrzańskich” i inne można nabyć  pod: Zimnynikolajewsk.com

(52) – „Księżówka” – dawne schronisko stojące w pobliżu „Betlejemki” na Hali Gąsienicowej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *