Po „wyjazdowym przednówku” wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy wyprawy do Rumunii.
Po zrealizowaniu eksploracji Beskidów, Andrzej wpadł na pomysł, aby przy wsparciu profesjonalnego Klubu Wyjazdowego (1) zabrać członków Grupy Agrykola do Maramureszu i Bukowiny.
Górskie łaziki Agrykoli entuzjastycznie podeszły do tej inicjatywy, bo oprócz przyjemności z pokonywania górskich przestrzeni otwarci jesteśmy na „nowe” i na poznawanie świata.
Czasy wędrowania z namiotem wszyscy mamy już za sobą, wygoda hoteli i „obsługa” przez biuro turystyczne jest mile widziana, a wymagania nie są nadmiernie wygórowane. Dużo jest humoru i radości ze wspólnego przebywania i wędrowania, może dlatego, że nie pojawiają się sytuacje ekstremalne, wyzwalające egoizm i nieporozumienia.
W większości dobrze się już znamy, każdy wie czego możemy się po sobie spodziewać, nie wymagamy od siebie więcej czy inaczej. I tak jest ok. Uczestnicy dogrywają się i dogadują, są zdyscyplinowani wyjazdowo i organizacyjnie, wyrobieni turystycznie.
Andrzej odpowiednio zmodyfikował i uzgodnił program wyjazdu, jak zwykle z wyczuciem i właściwą mu wnikliwością, łącząc umiejętnie potrzeby i możliwości uczestników. Był liderem integrującym grupę i dbającym o atmosferę.
Ryszard (2) – pilot wyjazdu, świadom swych wysokich kompetencji, wymagający i stanowczy przekazał nam szeroki zakres informacji na temat Rumunii ogólnie, a także wyczerpująco opowiedział o odwiedzanych miejscach i zwyczajach panujących w tym rejonie.
Podróż w obie strony w zasadzie odbywaliśmy nocą, śpiąc w autokarze w pozycji horyzontalnej, trochę ściśnięci, trochę krzywo, trochę różnie, ale jakby nie było spaliśmy.
Maramuresz i Bukowina znajdują się na północy Rumunii w Karpatach Wschodnich, Bukowina przecięta jest na pół graniczną rzeką Cisą. Jej północna część należy do Ukrainy, południowa do Rumunii.
Rejony te od dawien dawna zamieszkiwane były przez liczne narodowości: poczynając od Daków, poprzez Węgrów, Austriaków, Polaków, Żydów, Ormian czy Niemców. Wszyscy pozostawiali tam kulturowy ślad swojej tożsamości, co widać do dziś choćby w postaci wielojęzycznych nazw miejscowości umieszczanych na tablicach wjazdowych czy w charakterze pobudowanych tam świątyń. Na pierwszy rzut oka trudno jest ocenić do jakiego wyznania przynależy świątynia obok której przechodzimy, bo choć prawosławie tu króluje, to równie dobrze może należeć do grekokatolików, rzymskich katolików czy protestantów. Nierzadko kościoły te stoją blisko siebie i jest to powszechnie akceptowane.
Dla miłośników gór i pieszych wędrówek to wymarzone rejony szerokich, rozległych, pofałdowanych przestrzeni, pokrytych zróżnicowaną zielonością gęstych lasów mieszanych, zasnutych mgiełką odległości i „niewiadomego”.
Najwyższe partie gór przecinają krechy śnieżnych żlebów i zdobią łaty białego zalegającego nierzadko długo śniegu.
Skały srebrzą się drobinkami miki, szczerzą się granitowymi zębami grani, potrafią imponować strzelistymi iglicami opadającymi pionowymi filarami i ścianami ku zielonym połoninom i ukwieconym łąkom.
Górskie malownicze potoki spływają do głęboko wciętych dolin, gdzie na soczystych zboczach wypasają się owce czy krowy, gdzie spotkać można gigantyczne bloki skalne, które wydają się być porzucone przez jakiś gigantów.
Wszystko to spodziewaliśmy się tu spotkać, głównie dlatego tu postanowiliśmy się wybrać i nie zawiedliśmy się.
Nasza górska przygoda rozpoczęła się na Przełęczy Gutai skąd popularną trasą turystyczną wyruszyliśmy na Koguci Grzebień (1440 m n.p.m.).
Pogoda nam dopisywała, cieszyliśmy się pokonywanym dystansem wśród świeżej zieloności buczyny i mrugających do nas żółtych oczek kaczeńców.
Pokonywaliśmy odcinki skalne, gdzie wygrzewały się na słońcu zielone jaszczurki, żeby ostatecznie dotrzeć do rozległej przełęczy, na której barwną grupą rozsiedliśmy się na zasłużony odpoczynek.
Dobre prądy powietrzne zwabiły tu też paralotniarzy, których barwne kropki rozpostartych skrzydeł odcinały się od zieleni lasów i błękitu nieba.
Jeszcze tylko pokonanie nastyrmanej, krótkiej grani koguciego grzebienia i góra została zdobyta.
Choć kusiło nas, aby zabawić tu dłużej czas było ruszać w długą trasę powrotną. Droga w upale zaczęła nam się dłużyć, więc z radością i ulgą powitaliśmy widok wyłaniających się białych igiełek marmaroskich wież świątyni w wiosce Breb.
Wkraczaliśmy do niej wzdłuż płotów misternie splecionych z łozinowych gałęzi, mijając stare chaty i pięknie zadbane obejścia, z kwitnącymi peoniami, do których zapraszały tradycyjne, pięknie rzeźbione maramorskie bramy.
Maramuresz słynie ze wspaniale rozwiniętego rzemiosła ciesielskiego, a tradycja pięknie i misternie rzeźbionych bram wprowadzających do gospodarstwa jest bardzo głęboko osadzona w świadomości społecznej i trwa nieprzerwanie po dziś dzień. Nawet współczesne, bardzo nowoczesne domy zdobione są takimi drewnianymi bramami. Bramy te zdobne są w rzeźbione faliste linie splecione w warkocze czy liny, w kwiatowe czy słoneczne rozety, bywa że w różne symbole mające chronić mieszkańców.
W wiosce Breb zostaliśmy ugoszczeni regionalnym obiadem składającym się z małych delikatnych gołąbków podawanych ze wspaniałą, gęstą, kremową, białą jak śnieg śmietaną, a do tego nieodzownie palinką. Palinka to wytwarzany całkiem legalnie przez mieszkańców destylowany alkohol z różnych owoców. Podobno najcenniejszy jest z malin. Ciekawe są też butelki, w których są serwowane. W „procentowej” zawartości zanurzone są różne „konstrukcje” drewniane. Długo zastanawialiśmy się, jak tam są umieszczane, a jednak można!
Nic dziwnego, że do hotelu wróciliśmy w świetnych humorach.
Czując w nogach trudy wdrapania się na Koguci Grzebień wybraliśmy się z Przełęczy Prislop w tzw. Alpy Rodniańskie skąd dobrze utwardzoną drogą dotarliśmy do rozległej przełęczy, skąd spod łaty śniegu wspominającego lepsze czasy, roztaczał się wspaniały widok na rozległą dolinę.
Zaczęliśmy opuszczać się ku niej eksponowanym trawersem, prowadzącym górną jej krawędzią, wśród kęp jaskrawo szafirowych wiosennych goryczek bezłodygowych. Przy stacji wyciągu narciarskiego na Salvamont Borsa część z nas postanowiła, chroniąc swoje nogi, skorzystać z krzesełek wyciągu, a inni pognali niebieskim szlakiem do wodospadów.
Wkrótce zostaliśmy nagrodzeni spektakularnym widokiem wodnych pasm opadających z progu doliny, splatających się w biały, spieniony warkocz, przysłonięty rozświetlonymi słońcem gałęziami świerków. Popas przy wodospadach wśród szumu rozbryzgującej się u podnóża wody, dającej ochłodę i wytchnienie był niezapomniany.
Mieliśmy to szczęście, że w górskich wędrówkach towarzyszyła nam piękna, słoneczna aura. Jesteśmy na tyle doświadczonymi turystami, iż zdajemy sobie doskonale sprawę, że tak nie może być zawsze.
Toteż pochmurne niebo i silny wiatr nie wystraszyły nas na tyle, żeby zrezygnować z krótkiej wycieczki na Rarău (1651 m n.p.m.), a widok strzelistych Skał Księżniczki rozgrzał nas skutecznie. Przedostaliśmy się przez labirynt omszałych skałek wśród lasu i bez problemu dotarliśmy na szczyt, nad którym górował las anten telefonii satelitarnej.
Za to rozciągał się stamtąd ciekawy widok, urozmaicony dodatkowo malarskością szaro niebieskich chmur. Napotkany po drodze stary, rozpadający się szałas pasterski wzbudził nostalgię i tęsknotę za tym co minęło bezpowrotnie.
Dopadł nas tu deszcz, ale jak zwykle po burzy zawsze wychodzi słońce.
W głąb gór marmaroskich można wygodnie dostać się też parową kolejką wąskotorową Mocanita, której głównym przeznaczeniem było zwożenie drewna pozyskiwanego w przepastnych lasach doliny Vaser.
Chociaż po dziś dzień wykorzystuje się ją w tym celu, to jednak głównie zarabia ona na siebie przewożąc niezliczone rzesze turystów. Trasa kolejki jest dość długa, ale turystycznie została nieco skrócona do ok. 21 km w jedną stronę, logistycznie bardzo dobrze zorganizowana, zakończona piknikiem na jej końcowej stacji.

Pociąg wije się wzdłuż rzeki, przez którą przerzucone są gdzieniegdzie wiszące mostki linowe, a po drugiej stronie pną się ku górze stoki porośnięte soczystą trawą i ukwiecone polnymi kwiatami łąki.
Wagoniki trzęsą się, lokomotywa od czasu do czasu pohukuje, dym wydobywający się z jej komina przesnuwa często krajobraz co wzmaga autentyczność doznań.
Na stacji początkowej znajduje się parowozownia, skład drewna do opalania kotłów lokomotyw i rodzaj mini skansenu. Niewielkie parowoziki są ładnie i porządnie utrzymane, a towarzyszy im duża maszyna z imponującym systemem kół.
Przemieszczając się wśród lasów gór marmaroskich i Bukowiny, które są jeszcze w miarę dzikie i pierwotne, choć coraz bardziej się je z tego okrawa, niedźwiedzi i sfory zdziczałych psów całe szczęście nie spotkaliśmy.
Nie mniej na parkingach i miejscach postojowych pojawia się sporo wiejskich psów, czekających na odpadki z ludzkiego stołu. Biorąc pod uwagę ilość jedzenia i mięsiwa, które nam serwowano w hotelach znakomicie na tym wychodziły i prosperowały.
Przygodę z górami zakończyliśmy, czekały na nas jeszcze stare, kolorowe, cerkwie i monastyry, z których te ziemie słyną na cały świat! (5)
Autor tekstu i zdjęć: Janka Dąbrowska
(1) – Wytwórnia Wypraw (https://www.wytworniawypraw.pl/)
(2) – Ryszard Antonik
(5) – https://jankadabrowska.pl/maramuresz-i-bukowina-kulturowo-i-etnicznie/









































Janko,
piękny fotoreportaż oddający atmosferę naszej wyprawy i ukazujący najważniejsze atrakcje historyczne i przyrodnicze rejonu.
Na początku reportażu na jednym ze zdjęć pięknie uchwyciłaś szereg równoległych, zielonych łańcuchów górskich, a na kolejnym kocioł polodowcowy Gargalau , ze sporymi płatami śniegu.
Doczytałem się, że Koguci Grzebień stanowi resztkę kaldery wulkanicznej sprzed około 9 milionów lat. Czyli są dość młodej. Skały, które tam obserwowaliśmy to były jasnoszare andezyty zawierające niewielkie słupki czarnych amfiboli. Różnorodność skał tej części Karpat jest bardzo duża.
Na pewno w pamięci pozostanie nam spektakularny wodospad przy niebieskim szlaku, który pokazałaś na jednym ze zdjęć.
Dużo ciekawych informacji napisałeś o „tym co pod ziemią”. To co widać, to widać, a o skałach zadziwiająco mało.
Tym lepiej, że znalazło się to w komentarzach, bo wielu będzie miało okazję się z tym zapoznać!
Dzięki!
Janka
Janka, Jak zawsze przepięknie opisałaś nasz wyjazd. Jesteś niezwykle utalentowaną pisarką. Janka, jak to możliwe, że jak zazwyczaj zrobiłaś to tak szybko.
Dziękuję i podziwiam.