„Wariacje tatrzańskie” – Górskie lato pachnące wolnością

Górskie lato pachnące wolnością (8)

Tatry są zawsze piękne, ale są pory roku kiedy ich urok przemawia mocniej, a ich widok bardziej porusza duszę.
Jedną z nich jest wczesny początek lata, kiedy wszystko wokół już zielone, kolorowe, odrodzone po zimie, ale w zakamarkach drzemie jeszcze zamróz, a w żlebach i głębokich kotlinach leży marzący o przetrwaniu śnieg.

Po powrocie z wyprawy do Afganistanu niosła nas fala entuzjazmu i zadowolenia ze spełnienia marzeń, zaznania nowego, nieznanego świata i wspinania się po wysokich, dziewiczych górach. Rozbudziło to nasze pragnienia na więcej, snuliśmy więc plany co do dalszych podróży, a tymczasem korzystaliśmy ile się dało z bliższych możliwości zakosztowania tego co górskie. Poza tym dobrze było nam w sprawdzonym przez wyprawowe doświadczenia zespole, więc gdy tylko udało nam się wygospodarować wolne dni w czasie studiów, to wyjeżdżaliśmy w skałki i w Tatry.

I tak w czerwcu 1977 r, mimo zbliżającej się sesji egzaminacyjnej, postanowiliśmy we czwórkę: Grzesiek, Leszek, Pingwin i ja wyskoczyć na tydzień w Tatry Słowackie.

Pakowanie się i dwunastogodzinna podróż pociągiem nie stanowiły problemu, musieliśmy jednak zadbać o przepustki uprawniające nas do przekroczenia strefy przygranicznej, sprawdzane na przejściu granicznym na Łysej Polanie. Ja i Pingwin zdobyliśmy tygodniowe, natomiast przepustki Grześka i Leszka z jakiegoś powodu były wydane na czas krótszy. Martwienie się tym zostawiliśmy jednak na później.

Pogoda, która w Tatrach potrafi być bardzo kapryśna tym razem była wyśmienita. Wszystko co żyje w górach, po okresie zimowym spieszyło się, żeby jak najszybciej skorzystać z ciepła, słońca, dostatku wody i zachłysnąć się pełnią życia. Zupełnie, jak my: z niecierpliwością chcieliśmy znowu doświadczyć koczowniczego życia i poczuć radość ze swobody poruszania się w skale, na granicy nieba i ziemi.

Jako pierwszy cel wybraliśmy Dolinę Zimnej Wody. Postanowiliśmy chyłkiem, możliwie niezauważeni przez strażników TANAP-u (słowacki odpowiednik polskiego Tatrzańskiego Parku Narodowego), przemknąć pod schroniskiem Teryego i ulokować się w którejś z licznych tam koleb (9). Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że takie biwakowanie w Tatrach jest zabronione. Nasze studenckie kieszenie nie były jednak tak zasobne, żebyśmy mogli pozwolić sobie na nocowanie w schronisku, a poza tym tak nam się po prostu podobało.

Dojazd do Smokowca, wyjazd kolejką na Hrebieniok i dojście zajęło nam dużo czasu, więc już po zmroku, starając nie rzucać się w oczy, podeszliśmy do górnego piętra doliny, gdzie bez trudu znaleźliśmy dwie dogodne, dostatecznie obszerne koleby.

Góry zalegał już cień, tylko wierzchołki jaśniały pomarańczową poświatą zachodu, a na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Zrobiło się zimno i bardzo cicho, tylko momentami słychać było pogwizdywanie świstaków ostrzegających się wzajemnie, że ktoś nieproszony obok zagościł. Staraliśmy się tę ciszę zachować, krzątając się przy juwlu (10) gotując herbatę, wrzucając coś na ząb i szykując się do spania.

O tej porze w górach nie było już nikogo, a zamglony zmrokiem i zapowiedzią zbliżającej się nocy krajobraz emanował tajemniczym majestatem. Z tym widokiem pod powiekami wsunęliśmy się do puchowych śpiworów. Obudził nas świetlisty ranek, zasnuty lekką mgiełką. Imponująca zerwa Żółtej Ściany, a w tle Pośrednia Grań oświetlona porannym słońcem ostro prezentowała każdy załomek, krzywiznę i demonstracyjnie ukazywała swoją niedostępność i trudność.
Już wczoraj wybraliśmy sobie drogi do przejścia w tym dniu i po szybkim sprawnym śniadaniu, w kolebach, głęboko pod kamieniami ukryliśmy cały nasz dobytek. Dwoma, niezależnymi dwójkami: ja z Pingwinem, a Grzesiek z Leszkiem wyruszyliśmy ku naszym celom.
Chłopcy byli nastawieni na wyzwanie, na ambitne wspinanie, czuli moc i była w nich chęć walki. Ja z Pingwinem wybieraliśmy drogi o trudności IV – V, długie, wiodące otwartymi formacjami, które oboje najbardziej lubiliśmy: filarami, ścianami, grzędami (11). Obserwowaliśmy małe kozice baraszkujące odważnie na płatach śniegu pod czujnym okiem reszty stada.
Po pokonaniu filara na Baranich Rogach bez specjalnego pośpiechu wracaliśmy ku naszemu biwakowi (zbyt wczesny powrót był niewskazany) . Śledziliśmy turystów poruszających się po ścieżce – magistrali (12) prowadzącej na Lodową Przełęcz, wygrzewaliśmy się na słoneczku, wdychając ostro-cierpki zapach traw porastających zbocza.

Około czwartej po południu widząc wracającą drugą dwójkę, jednocześnie spotkaliśmy się przy kolebach. Nie wyciągając zbyt wiele gratów, zaczęliśmy gotować i opowiadać wrażenia z całego dnia, a tymczasem góry spokojniały i spektakl z dnia poprzedniego został wznowiony.

Następnego dnia z Pingwinem sprawnie i szybko się zebieramy, podczas gdy chłopcy trochę marudzą. Wybierają się dziś na bardzo trudną drogę na Pośredniej Grani i chyba czują przed nią lekki respekt.
Zostawiamy ich śniadających i dobierających odpowiedni sprzęt. My zmierzamy na filar Szczuki tzw. drogę do słońca na Lodowej Kopie. Już na podejściu zaczyna w głowie wybrzmiewać mi refren dość popularnej wtedy piosenki, śpiewanej przez duet Andrzej i Eliza: „Wystarczy to na pociąg ekspresowy do nieba”. Zastanawiające, co ta myśl miałaby oznaczać? Coś bardzo pozytywnego? Czy wręcz przeciwnie?

Oczywiście nic o tym nie wspominam partnerowi, i dobrze, bo okazuje się, że wspinanie jest przepiękne. Droga często się przewija przez ostrze wyniosłego filara, wiedzie często przez płytowe spiętrzenia, a wszystko na tle błękitnego, rozsłonecznionego nieba. Pokonujemy ją w iście ekspresowym stylu.

Na wierzchołku usadawiamy się z boczku, aby nie przeszkadzać licznym o tej porze turystom. Kontemplujemy! Niepostrzeżenie, nie wiadomo skąd zaczynają się jednak zbierać ciemne, burzowe chmury. Nie zwlekając zbiegamy w dół, żeby zdążyć do koleby przed deszczem. Kiedy się do niej wczołgujemy spadają pierwsze krople, a po chwili grzmi i leje już na całego.
Obserwujemy coraz śmielej spływające po obłościach naszego sufitu krople i strumyczki. Martwimy się też o chłopaków, zastanawiając się gdzie i w jakich okolicznościach dorwała ich burza, ale nie pozostaje nam nic innego jak cierpliwie czekać.

Robi się późno lecz burza jak szybko się pojawiła, tak szybko sobie poszła. Rozgrzane skały parują, tworząc nieco surrealistyczny klimat, ale coraz bardziej prześwituje granatowiejące już niebo.
W pewnym momencie w dziurze pomiędzy mgłami, w różowym świetle słońca dostrzegamy wysoko, na grani, na drodze zejściowej poruszające się dwie białe kropki. To chłopaki! Obaj mają bardzo jasne spodnie, wiec to muszą być oni! Będą tu za półtorej godziny. Zabieramy się więc za obrzęd gotowania, aby przywitać ich gotowym jedzeniem.
Chłopcy promienieją szczęściem i satysfakcją z pokonania bardzo trudnej drogi mimo przykrych pogodowych niespodzianek. Tłumaczą czemu tak późno wracają.

Okazuje się, że rano, kiedy trochę zamarudzili zostali zaskoczeni przez przedstawicieli Horskiej Służby stacjonującej w schronisku, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z naszej tu bytności. I choć biwakowanie na dziko było zabronione, udawali, że nas nie widzą. Byli takimi samymi wspinaczami jak my i od słowa do słowa okazało się, że Grzesiek być może będzie miał okazję za miesiąc spotkać się z nimi na wyprawie w Pamir. Udzielili im zatem tylko pouczenia, po czym, i jedni, i drudzy, wszyscy poszli się wspinać, co prawda wyruszając nieco później niż było to zaplanowane.

Kolegom skończyła się ważność przepustek i musimy wrócić niżej, aby dopełnić koniecznych formalności. Zwijamy cały majdan i schodzimy do Smokowca. Tam skromnie, tyle, ile pozwalają nasze finanse, uzupełniamy zapasy żywność i postanawiamy przerzucić się do Doliny Batyżowieckiej.
Cała ta operacja zajęła nam sporo czasu, tak że wieczór zastał nas jeszcze w Smokowcu. Musieliśmy gdzieś przenocować, co w atrakcyjnym turystycznie miasteczku nie jest łatwe, a już na pewno nietanie.
Oczywiście lądujemy, jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, na dworcu kolejowym popularnie zwanej „elektryczki”. Wyśledziliśmy skład dwóch wagonów stojący na bocznicy, być może używany jako schron przez służby nadzorujące tory.
O dziwo nie są zamknięte. Gdy zrobiło się naprawdę późno, wtarabaniamy się do jednego z nich i każdy znajduje sobie w miarę dogodne miejsce do rozłożenia śpiwora.
Ja sadowię się na siedzeniach, na których jest w miarę czysto, za to bardzo niewygodnie. Nie można na nich swobodnie się wyciągnąć. Poza tym prawie do brzasku, z niewielką przerwą, jeżdżą nam po głowach pociągi, tak że o spaniu raczej nie ma mowy. Leszek z Grześkiem muszą pojechać na Łysą Polanę, żeby przedłużyć przepustki. Umawiamy się, że spotykamy się gdzieś na podejściu do doliny. Ospale kręcimy się z Pingwinem po Smokowcu i ostatecznie wyruszamy do góry.
Zawsze, kiedy jestem niewyspana, dramatycznie odbija się to na mojej kondycji. Jesteśmy mocno obciążeni, gdyż niesiemy prowiant dla całej naszej czwórki. Później się nim podzielimy.

Wlokę się do góry w tempie, jakbym była co najmniej na siedmiu tysiącach m n.p.m., a Pingwin co i rusz spogląda na mnie z ukosa. W jego oczach wyświetlają się znaki zapytania, co się ze mną dzieje? Docieramy tak do szałasu – rodzaju schronu dla turystów – z niedużą podsufitką, na której zalegają resztki siana przeznaczonego pewnie na dożywianie zwierząt zimą.
To jest kres moich chwilowych możliwości, a poza tym jest to dogodne miejsce, aby poczekać na chłopaków. Z ulgą zdejmuję nosiłki, wyciągam śpiwór, wdrapuję się na podsufitkę, moszczę sobie legowisko i natychmiast zasypiam, rejestrując jeszcze, że Pingwin robi to samo. O piątej po południu budzą nas koledzy.
Okazało się, że musieli jechać w sprawie przepustek aż do Zakopanego i dlatego zajęło im to tyle czasu. No i całe szczęście – nareszcie się wyspałam!

Wyruszamy w górę już właściwie o zmroku, a ja włączam turbodoładowanie. Wkrótce musimy wyciągnąć czołówki (latarki). Świat zawęża się do kręgu żółtej plamy światła, a tylko na tle granatowego nieba zarysowane są czarne poszarpane zarysy grani. Póki idziemy magistralą nie ma problemu, ale w pewnym momencie trzeba z niej zboczyć, aby dotrzeć tam gdzie zaplanowaliśmy, czyli do koleby „Yeti” ulokowanej w górnym piętrze doliny Batyżowieckiej.

Trzeba wiedzieć, gdzie się oderwać od wygodnej ścieżki, ale co potem? Jak zwykle w takim wypadku niezawodny okazuje się Grzesiek, który przejmuje przewodnictwo, a my bez chwili wahania podążamy za nim zadowoleni, że zostaliśmy zwolnieni z konieczności wyszukiwania drogi. Kto miał kiedyś okazję przebywać po ciemku w lesie lub w górach, wie, jakie to jest trudne, jak wszystko potrafi zmienić wygląd. Staje się inne, groźniejsze i nieokreślone. Musimy wzmóc czujność, żeby nie spaść przeskakując z jednego maliniaka (13) na kolejny, żeby nie obsunąć się po piargu, albo nie zjechać po mokrych trawach.
Udaje nam się ominąć turnię Kościółek i rozchodzimy się w poszukiwaniu koleby. W końcu ktoś sygnalizuje, że znalazł, dając znak pozostałym latarką.
Ogromny płaski z wierzchu głaz kryje pod sobą dostatecznie obszerną komorę, aby pomieścić nas wszystkich. W tej chwili jest ona jednak prawie całkowicie wypełniona śniegiem. Żeby skorzystać z tego lokum musimy je oczyścić.

Zabieramy się do tego przy pomocy menażek lub wprost gołymi rękami. Beznadziejnie nam to idzie. W pewnej chwili ktoś wpada na pomysł, żeby nożem wycinać bloki śnieżne, jak czynią to Eskimosi, budując igloo. To był świetny pomysł – stosunkowo szybko mamy oczyszczoną połowę komory. Uznajemy, że starczy nam już emocji i niczym sardynki w puszce, ciasno układamy się do snu.

Budzimy się późno, wyczołgujemy na zewnątrz i leniwie rozkładamy na płaskim dachu koleby. Jesteśmy kompletnie sami. W pobliżu nie ma żadnych szlaków turystycznych i w ogóle bardzo rzadko ktoś tu zagląda. Świstaki nie mogą wyjść z zadziwienia i nawet już nie pogwizdują, tylko ciekawie wystawiają łebki i nam się przyglądają.

Mamy trochę wyrzutów sumienia, że taki piękny słoneczny dzień umyka nam niepostrzeżenie, a my się nie wspinamy. Co tu dużo mówić – jesteśmy mocno zmęczeni. Chłopakom trudno się do tego przyznać, więc ja daję przykład, wyciągam swój zawilgocony śpiwór, rozlokowuję się na którymś z głazów i uderzam w kimono. Budzę się po dwóch – trzech godzinach i z uśmiechem zauważam rozlokowane po okolicy barwne kokony wypełnione moimi kolegami.

Pod wieczór pogoda zdradza oznaki przełamania i następny ranek już taki obiecujący nie jest.
Zawstydzeni nieco naszym wczorajszym lenistwem szybko zbieramy się na wybrane przez nas drogi. Wyruszam z Pingwinem, zgodnie z tradycją tego wyjazdu, na filar Batyżowieckiego Szczytu.

Wieczorem pogoda wyraźnie już siada, a my konstatujemy ze smutkiem, że z jedzenia pozostało nam tylko mleko w proszku i kawa inka, a benzyny do juwla brak. Przygotowujemy więc mrożoną kawę inkę na gęstym mleku, a rankiem pakujemy się i schodzimy do Smokowca. Dopada nas tam rzęsisty deszcz.

Czas wygospodarowany na ten górski wyskok dobiegł końca, pogoda się skończyła i nasza przygoda także. Na Łysej Polanie wsiadamy do autobusu omywanego deszczem. Uśmiechamy się do siebie i chórem przyznajemy: to był piękny czas!
Każde z nas zapisało go pewnie w pamięci w różny sposób.
Dla mnie był on kwintesencją poczucia wspólnoty, braterstwa, nieskrępowanej niczym swobody, umiejętnie i dobrze wykorzystanej wolności.

(8) – przedruk z książki autorki pt. „Qala-i-Panja wyznaczyła azymut”
(9)– koleba – schron/przestrzeń utworzona pod dużymi głazami, dająca schronienie przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi
(10)- juwel – benzynowa maszynka do gotowania, produkcji NRD, potrafiąca płatać często dość niesympatyczne psikusy, ale generalnie niezawodna i wytrzymała.
(11) – filar, ściana, grzęda –określenia formacji skalnych w gwarze taternickiej.
(12) – magistrala – ze słowackiego -szeroki szlak turystyczny
(13) – maliniak – w tatrzańskiej gwarze, głaz porośnięty zielonymi porostami

 

Autor: Janka Dąbrowska

Ilustracja: Katia Shramko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *