Przygody górskie i natura
Góry rumuńskie przyciągają górskich łazików, jak magnes. Potężnymi łańcuchami wzniesień Fogarasów i innych nieco niższych można wędrować przez wiele dni obcując jedynie z niedźwiedziami wśród dzikiej górskiej przyrody.
Bylibyśmy niepocieszeni nie mogąc poczuć zapachu górskich traw, nacieszyć oczu bliskim widokiem postrzępionych krajobrazów i dolin rozciągających się poniżej nas.
Bogaty program wycieczki pozwalał tylko na kilka wyskoków w prawdziwie górskie rewiry, niejako przy okazji odwiedzania innych historycznie ciekawych miejsc.
W pobliżu miasta Turda jednolity grzbiet górski naznaczony jest głębokim wcięciem – szczeliną wąwozu Cheile Turzii, którego dnem płynie potok. Wzdłuż niego poprowadzony jest starannie przygotowany szlak turystyczny, z łańcuchami w miejscach eksponowanych i mostkami przerzuconymi w newralgicznych miejscach.
Ściany wąwozu piętrzą się w górę czasami na wysokość nawet 300 m i imponują swą wapienną białością. W wielu miejscach można dostrzec szereg osadzonych w nich punktów asekuracyjnych (spitów) wykorzystywanych przez wspinających się tu młodych ludzi.
Kamienie na szlaku są mocno wyślizgane przez turystów licznie odwiedzających wąwóz. Trzeba zatem mieć na uwadze tę niedogodność. Niestety jeden z uczestników naszej wycieczki, właściwie już na wyjściu z wąwozu potknął się i upadając złamał sobie rękę.
Pomoc została wezwana prawie natychmiast przez usłużnych turystów, a także na bieżąco udzielona przez naszych przewodników.
Poszkodowanego przewieziono karetką pogotowia do Turdy skąd trafił do szpitala w Klużu. Nadzwyczaj szybko i sprawnie udzielono mu pomocy medycznej i z ręką „zakutą” w gips na temblaku, wieczorem dołączył do nas z powrotem. Do końca wyjazdu nosił swoją gipsową zbroję z godną podziwu cierpliwością i bez narzekań.
W Turdzie zwiedzaliśmy niezwykłą kopalnię soli. Niezwykłą, bo całkowicie różniącą się od naszego, utrwalonego obrazu kopalni soli w Wieliczce.
W caliźnie solnej masy ukrytej pod ziemią od ok 1300 roku zaczęto wydobywać solny urobek. Przez wieki powstała ogromna pieczara w kształcie dzwona o wysokości prawie 100 m, o gładkich ścianach, na których wytrącająca się para zaczyna tworzyć drobne stalaktyty. Komora ma dwa poziomy dna, na które można zjechać windą lub zejść po drewnianych schodach.
Niższe wypełnia soczewkowate jeziorko, po którym można popływać łódką.
Do gigantycznej komory dochodzi się długim korytarzem o gładkich ścianach ubarwionych w biało czarne paski „sedymentacyjne” pokładów soli. Podłogę korytarza stanowi także lita sól, która momentami tworzy fantazyjne wzory.
Krystalizująca sól osadza się na wszystkich starszych elementach kopalni, także na imponującym kieracie, przy pomocy którego wydobywano sól. Na powierzchnię wywożono ją wagonikami ciągnionymi przez konie.
Imponująca forma i wielkość kopalni zaburzona jest według mnie tym, iż wewnątrz urządzono rodzaj parku rozrywki, swoisty lunapark, co nie licuje z naturą tego miejsca.
Po zwiedzaniu zamku Peles, co zabrało nam więcej czasu niż planowaliśmy, wybraliśmy się w Góry Bucegi do miejscowości Busteni.
Śmiało poprowadzoną kabinową kolejką linową wyjechaliśmy na płaskowyż Cabana Babele. Płaskowyż wyglądał dość ponuro. Rozległy, prawie stepowy krajobraz o wypalonej przez słońce trawie, na której pasły się owce, naznaczony chaotycznie drogami nartostrad i spływami wód.
Wyruszyliśmy w trasę ku grupie skałek – ostańców fantazyjnie ukształtowanych przez erozję i wiejące tu wiatry. Największa z nich przypomina swym kształtem Sfinksa i taką też nosi nazwę. Tu pożegnaliśmy się z częścią naszych towarzyszy wyprawowych, którzy postanowili wracać do Busteni kolejką, gdyż wybrana przez nas zejściowa trasa turystyczna klasyfikowana jest jako trudna i długa.
Gdy stanęliśmy na krawędzi płaskowyżu ukazał nam się ekscytujący widok stromego, głęboko wciętego żlebu opadającego ku położonej daleko w dole dolinie.
Zaczęliśmy schodzić pokonując kolejne eksponowane progi skalno – trawiaste, wykorzystując zainstalowane łańcuchy i linki stalowe. Wymagało to skupienia i dużej sprawności.
Syciliśmy oczy widokiem stromizn i różnorakich form skalnych.
Cieszyły nas napotkane kępy jesiennych kwiatów i przekwitłych już dziewięćsiłów.
W pewnej chwili usłyszeliśmy skowyt jakiegoś zwierzęcia dobiegający z przeciwległego stoku żlebu. Wkrótce zlokalizowaliśmy jego pochodzenie. Na trawiastej półce w środku stromej ściany tkwił czarny pies i żałośnie wzywał pomocy. Nie mieliśmy pojęcia, jak tam się znalazł, ale najwidoczniej nie bardzo wiedział, jak stamtąd się wydostać. Rozważaliśmy, jak moglibyśmy mu pomóc. Aczkolwiek dojście do niego byłoby możliwe, choć trudne, to sprowadzenie go na ścieżkę wydawało się niemożliwe. Rozpatrywaliśmy możliwość zapakowania go do plecaka, ale nikt z nas nie dysponował dostatecznie dużym plecakiem, a poza tym zejście stamtąd z żywym inwentarzem na plecach byłoby bardzo niebezpieczne. Niestety musieliśmy pozostawić go jego losowi, tym bardziej, że musieliśmy myśleć o własnym, bo dzień zaczął nam się kurczyć.
Wkrótce grupa podzieliła się na trzy podzespoły, ze względu na różne tempo schodzenia.
Najszybsza grupa dotarła do końca szlaku jeszcze za dnia, druga już w zapadającym zmierzchu, natomiast trzecia, z opadającą z sił uczestniczką pozostała daleko w tyle. Dwóch przewodników, w ciemności nocy, prowadziło ją przy świetle latarek smartfonów.
Całe szczęście telefonia komórkowa działała bez zakłóceń, dzięki czemu koordynacja działań poszczególnych zespołów była bez zarzutu.
W końcu na pomoc wyruszyła grupa rumuńskich ratowników górskich powiadomiona praz mieszkańca jednego z wyżej położonych domów w dolinie, zaniepokojonego obecnością samotnego turysty czekającego przy drodze w zapadającym zmierzchu. Uznał on, iż jest to niebezpieczne ze względu na grasujące w okolicy niedźwiedzie. Ratownicy wyruszyli z mocnymi latarkami szlakiem do góry i osłabłą kobietę jeden z nich zniósł na barana do samochodu oczekającego w dole na drodze.
Ostatecznie wszyscy znaleźliśmy się w hotelu późną nocą, cali i zdrowi, tylko mocno zmęczeni. Do końca wyjazdu „górska” grupa chodziła jak na szczudłach z powodu zesztywniałych mięśni nóg.
Liznęliśmy też Gór Fogaraskich. Trasą transfogaraską, wąską, krętą i powietrzną, stanowiącą wyzwanie dla kierowców, szczególnie lubianą i upragnioną do pokonania dla motocyklistów, dotarliśmy do Caskada Balea skąd kolejką linową wjechaliśmy do schroniska Balea Lac, zbudowanego na morenie rozległego stawu w kotlinie otoczonej rozległymi wzniesieniami.
Stąd każdy z nas udał się na wybrany przez siebie wariant odpowiadającej mu wycieczki.
Postanowiłam wejść na wyraźnie wciętą przełęcz, skąd zeszłam na drugą stronę grani do malowniczego jeziorka. Po wyczerpującym poprzednim dniu było: lekko, łatwo i przyjemnie.
Nieprawdopodobnie wąską i przepaścistą szosą zapuściliśmy się na wyżyny Gór Apuseni do miejscowości Ghetarul, aby zobaczyć jaskinię lodową Scarisoara. Do czarnej, ziejącej chłodem dziury w ziemi schodzi się wśród wilgotnej zieleni stromymi metalowymi schodami. Wejście do jaskini wyściełają butwiejące leśne „odpadki”, a dno pokryte jest skalno-ziemnym błotem.
Po drewnianych podestach wchodzi się w głąb pieczary, a oddech skraplający się w niskiej temperaturze tworzy w świetle lamp niebieskawą mgiełkę. Pod krasowym sklepieniem jaskini sterczą lodowe stalagmity i nunataki, a ze ścian spływają lodowe nacieki. Jest zimno.
Rumunia bogata jest w dziwa natury, trzeba tylko wiedzieć gdzie i jak ich szukać i w tym celu tam się wybrać!
Autor tekstu i zdjęć: Janka Dąbrowska































