Japonia – listopad 2025. Historycznie
Stojąc na lotnisku w Doha, wpatrując się w swoje odbicie w szybie zastanawiałam się co ja tu robię? Gdzie mnie znowu wyniosło to nieodparte dążenie przed siebie, w daleki świat. Już nie straceńczo, bez nadmiernego ryzyka, wykorzystując nowoczesne narzędzia i metody oferowane przez współczesność, bez których teraz trudno się w tej „nowości” poruszać. Gdy jednak opadnie wszystko co trzymało nas za nogi w słowiańskim grajdole, ożywcze jest zobaczenie ludzi różnych kolorów, wyznań, o odmiennej kulturze. A wszystkich coś, gdzieś gna!
Telefon od Leszka z pytaniem czy nie dołączyłabym do wycieczki do Japonii wyzwolił we mnie dawno nie odczuwany dreszczyk emocji, wywołując spontaniczną, prawie natychmiastową odpowiedź:
-Jadę!
Kawałek świata, w którym nie bywałam, warty zobaczenia nawet, jeżeli w programie nie było planów wdrapywania się na górę Fidżi.
Nie mam zamiaru przekazywać tu wiedzy na temat Japonii, ani udzielać rad, jak i co tam odwiedzić. Będzie to zwykła, prosta relacja z podróży, w której pragnę zawrzeć swoje wrażenia i uczucia, które towarzyszyły mi w jej trakcie.
Nie podejmuję się przekazać wszystkiego czego dowiedziałam się od przewodnika (1), który w ciekawy, niekonwencjonalny, pozbawiony sztampy sposób, przedstawił nam ogrom informacji o Japonii zarówno starej, jak i współczesnej w każdym prawie aspekcie: historycznym, kulturowym, światopoglądowym, czy geograficznym. Z przyjemnością słuchało się opracowanego przez niego materiału, osłuchując się z trudnymi do zapamiętania nazwami japońskimi. W jego wydaniu dodawały one uroku i utrwalały niezwykły i odmienny od innych charakter tego kraju.
Był wspomagany przez lokalnych, japońskich przewodników, co było wygodne, gdyż bez problemów wiedli nas oni przez ludzką dżunglę mega metropolii, doprowadzając bezbłędnie i bezpiecznie z punktu A do docelowego B.
Organizator (2), zaplanował dość napięty, ale ciekawy program wycieczki, choć dla niektórych mógł być dość męczący. Wymagał przemieszczania się różnymi środkami lokomocji, wiele chodzenia, elastyczności i dużej koncentracji w trakcie jego realizacji.
Lotnisko w Doha to główny port lotniczy Kataru, super nowoczesny, z dachem w postaci metalowej, ażurowej konstrukcji wypełnionej szklanymi taflami. Multiplikują się w nich, jak w kalejdoskopie barwy wyświetlanych na ścianach trójwymiarowych akwariowych, ruchomych obrazów.
Napotykane licznie instalacje budzą skojarzenia z nowoczesnością Emiratów Arabskich, a dżungla zainstalowana na parterze daje wytchnienie i schronienie podróżnym przesiadającym się w drodze do wyznaczonego celu. W gąszczu zieleni ucztują w całkowitej zgodzie zwierzęta całego świata, zgromadzone przy jednym stole, bez niesnasek, niepokojów i nieporozumień występujących w innym środowisku.
Islamską odmienność napotyka się choćby w oznaczeniach toalet – miejscach wyznaczonych oddzielnie dla muzułmanów i obywateli pozostałego świata.
Japonia niezbyt przyjaźnie mnie przywitała. Odbiłam się od odprawy celno-paszportowej z powodu niewpisania właściwej nazwy hotelu, w którym mieliśmy nocować w Tokio.
Bezdyskusyjnie zostałam cofnięta przed bramki, gdzie tkwiłam jak samotny nunatak opływany potokami obojętnie mijających mnie ludzi. Reszta grupy, która szczęśliwie uniknęła podobnego losu zginęła mi z oczu, a nawiązanie z nią kontaktu, szczególnie na początku podróży, okazało się bezowocne. Podejmowałam różne próby wybrnięcia z opresji, ale bezskutecznie. Kiedy straciłam już wszelkie pomysły, po drugiej stronie ukazał się nasz przewodnik i wykrzyczał mi tę właściwą nazwę hotelu, po wpisaniu której udało mi się „przepłynąć na drugi brzeg”.
Zdarzenie, to od razu nakreśliło w mojej świadomości obraz społeczeństwa japońskiego, co znalazło zresztą potwierdzenie podczas reszty pobytu.
Japończycy żyją wpisani w schemat, z którego nie potrafią lub nie chcą się wyrwać, wypełniając sumiennie i z poświęceniem przypisane do nich procedury. Nie mogą pochwalić się znajomością języka angielskiego, chęć niesienia pomocy została zniwelowana przez lęk przed utratą czasu, przeznaczonego na wypełnianie powierzonych im zadań. Nie darzą specjalną sympatią cudzoziemców, których traktują trochę, jak nieokrzesanych barbarzyńców nieznających ich obyczajów. Lata izolacji wyspy od reszty świata zaowocowały tym, że do dziś przekonani są o tym, że wszystko co japońskie jest najlepsze na świecie, a Japonia jest największą potęgą. W dobie, gdy coraz więcej jest udogodnień i możliwości komunikacji, pełny dostęp do informacji, wydaje się, że trudniej jest się wprost dogadać. Coraz więcej jest nakazów i zakazów, i sztywnych ram.
Codziennie rano nieprzebrane tłumy karnie ustawiają się wzdłuż wyznaczonych linii w kolejkach do bramek otwierających drzwi wejściowe do wagonów metra, ubrani zgodnie z dress code’m, w prawie jednakowe szare, granatowe lub czarne garnitury, z powagą i skupieniem dążą na stanowiska pracy, gdzie trwają z prawdziwym lub udawanym poświęceniem nierzadko do późnych godzin. Wracają do domów – w miastach do bloków wysokich jak termitiery, aby następnego dnia powtórzyć rytuał dnia poprzedniego.
Po przygodzie „lotniskowej” pilnowałam się, aby się gdzieś nie zagubić w miejskiej dżungli, gdyż odszukanie się może być trudne i kłopotliwe. Starałam się zawsze mieć przy sobie wydrukowany namiar na punkt docelowy np. adres hotelu, który mogłabym w razie czego pokazać taksówkarzowi.

Trasa naszej wycieczki poprowadzona na największej, głównej wyspie Japonii – Honsiu najogólniej wiodła z Tokio do Nagano, Kanazawę, Kioto, Osakę, Himeji, Hiroszimę, skąd wróciliśmy do Tokio. Podróżowaliśmy różnymi środkami lokomocji. Na dłuższych dystansach przemieszczaliśmy się Shinkansenem – japońskim system kolei dużych prędkości, superszybkimi pociągami rozwijającymi prędkości do 320 km/h.


Wygląda on nieco kosmicznie, z wydłużonym, aerodynamicznie ukształtowanym dziobem, rzędem niewielkich okien zapewniających bezpieczeństwo podróżnym, z siedzeniami w stylu samolotowym. Personel obsługujący pociąg za każdym razem, przechodząc z jednego wagonu do drugiego składał uprzejmy ukłon zasiadającym w nim pasażerom, na każdej stacji stawał w nienagannej pozycji kontrolno – wyczekującej.
Do ciekawych miejsc turystycznych znajdujących się w okolicy docieraliśmy najczęściej wynajętymi autokarami lub busami, czasami zwykłymi kolejami lub tramwajami, w miastach natomiast korzystaliśmy z linii metra rozbudowanych, jak ogromna sieć pajęcza. Komunikacja w Japonii jest bardzo sprawnie zorganizowana i to coś co funkcjonuje prawie bez zarzutu. Nawet jak coś się chwilowo zacinało np. bilet w czytniku w bramkach wejściowych, natychmiast pojawiał się człowiek – dyżurny, który szybko usuwał problem.
Przy okazji warto zaznaczyć, że mimo pozornej wszechobecnej komputeryzacji wiele „stoi tu na człowieku”. Świadczył o tym np. wieloosobowy personel obsługujący gości w hotelu: jeden odbierał talony śniadaniowe, inny doprowadzał do wyznaczonego stolika, inni podawali dania, donosili produkty, a na końcu przy wyjściu trwał pracownik, pochylony w ukłonie, z uśmiechem dziękując za skorzystanie z miejsca. Japońscy przewodnicy: jeden odbierał na dworcu powierzoną ich pieczy grupę, aby zaraz przekazać ją następnemu i tym sposobem łańcuszek ludzi znajdujących zatrudnienie wydłużał się i pęczniał.
Każdy kraj ma zestaw miejsc i atrakcji, stanowiących zabytki dziedzictwa kulturowego lub którymi chce się pochwalić i zainteresować odwiedzających. Niektóre z nich wpisane są na listę UNESCO, inne być może nie tak cenne, ale wszystkie należą do kategorii: trzeba je zobaczyć!
W Japonii ich nie brakuje, a należą do nich przede wszystkim zamki cesarskie lub shogunów, a także tysiące świątyń.
W Japonii dominują dwie główne religie:
– shinto, rodzima wiara oparta na wierzeniach w duchy kami, naturę i przodków, oraz
– buddyzm, który przybył do Japonii w VI wieku, obecnie jest to najczęściej japońska odmiana zen.
Obie nie tylko współistnieją, ale często się przenikają i uzupełniają, a wielu Japończyków wyznaje obie jednocześnie, ponieważ odpowiadają za różne aspekty życia np. shinto za codzienne rytuały, a buddyzm za pogrzeby.
Bardzo często w jednym miejscu kultu świątynie shinto i buddyjskie usytuowane są blisko siebie, choć bardzo się od siebie architektonicznie różnią.
Kwintesencję japońskiego kompleksu świątynnego według mnie stanowi mauzoleum shoguna Tokugawy w Nikko Toshogu. Jest to kompleks chramów sintoistycznych z elementami architektury buddyjskiej (ok. 1617 r.). Położony w starym cedrowym lesie, wśród imponujących wielkością i wiekiem drzew, na wzgórzu na którym tarasowo rozłożyły się budynki chramów, ze schodami o wysokich kamiennych stopniach, którymi trzeba wspiąć się na szczyt do skromnego grobowca shoguna. Ogromna, brązowa urna przykryta niewielkim dachem, w asyście żurawia, gdyby nie tysiące odwiedzających, trwałby z pewnością wśród pełnej zadumy i szacunku ciszy.
Znajdując się w tym miejscu od razu można zachłysnąć się pięknem architektury o bogatej egzotycznej ornamentyce. Zachwyca cynobrowa pagoda o misternie zdobionych turkusem kaskadowo ułożonych dachach. Uzupełnienie stanowią liczne stare porośnięte grubym zielonym mchem kamienne latarnie. Filary jednej z bram zachwycająco „ubrane” są w koronkę z metalowej złotej blachy, w bocznym chramie stoi kapliczka, noszona jak arka w trakcie stosownych obrzędów, nad wejściem do stajni znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca „Trzy mądre małpy”, które nie chcą widzieć, słyszeć, ani mówić na temat zła.
A wszystko to skąpane w przecudnych kolorach japońskiej jesieni: żółci miłorzębów i czerwieni japońskich klonów.
Inną sławną świątynią, reprezentatywną dla religii shinto jest według mnie Fushimi Inari – kompleks sakralny w Kioto, poświęcony bóstwu Inari, patronowi płodności, rolnictwa i biznesu. Na terenie świątyni znajdują się liczne rzeźby lisów, uznawanych za posłańców tego bóstwa.
Słynie ona z tysięcy pomarańczowych bram torii tworzących tunele wzdłuż ścieżek prowadzących na zbocza góry Inari. Jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju, a pomarańczowymi tunelami przemieszczają się strumienie wyznawców. Bramy torii są często ofiarowywane przez osoby prywatne i firmy jako dar wotywny w podzięce za otrzymane łaski. Intensywny pomarańczowy kolor, to znak rozpoznawczy świątyń shinto, a jej atrybutami są grube splecione sznury z wielkimi chwostami, uzupełnione białymi symbolami błyskawicy oznaczające świętą przestrzeń, oczyszczenie i obecność bóstw kami.
Równie znanym i czczonym miejscem kultu shinto, przyciągającym wyznawców i turystów jest Chram Kasuga (VIII w ) w mieście Nara, znany z tysięcy kamiennych i wiszących latarni, które są zapalane tylko dwa razy w roku: w lutym i 15 sierpnia. W jednej ze starannie zaciemnionych komnat urządzono prezentację zestawu zapalonych latarń, które spektakularnie tworzą świetlny ażur, dając wyobrażenie, jak może on wyglądać w naturze dodatkowo chybotany podmuchami wiatru.
Po parku wokół świątyni, a także po ulicach miasta zupełnie swobodnie chodzą, a nawet nieco znudzone wałęsają się, oswojone z obecnością ludzi jelenie sika. Podobnie do świętych krów w Indiach znajdują się pod ścisłą ochroną. Potrafią być nachalne, a nawet agresywne w oczekiwaniu na nakarmienie ich ulubionymi przez nie ciasteczkami, które można kupić na licznych tu straganach. Między innym dlatego pozbawiane są rogów, którymi zdarzało im się atakować turystów.
W tradycji shinto uważane są za posłańców bogów. Według miejscowej legendy jeden z bogów przybył w to miejsce właśnie na jeleniu.
Przykładem synkretyzmu religijnego występującego w Japonii jest znajdujący się także w Narze buddyjski kompleks świątynny Todai-ji wpisany na listę światowego dziedzictwa.


Pawilon Wielkiego Buddy jest największą drewnianą budowlą na świecie, z 16 metrowym posągiem Buddy wykonanym z brązu.
Jego rozmiary można w pełni docenić oglądając wystawione przed jednym z pawilonów rekonstrukcje dłoni Buddy.
Osoba Buddy strzeżona jest przez ustawionego z boku drewnianego strażnika o złowieszczym obliczu, bacznie obserwującego zwiedzających.
Niezwykłą urodą odznacza się świątynia zen Złotego Pawilonu w Kioto. Wdzięczna lekka sylwetka pagody połyskuje w słońcu, przyglądając się swemu odbiciu w stawie u jej stóp, okraszona jesiennymi barwami drzew w otaczającym ją parku i sylwetkami sosen kojarzących się ze sztuką bonsai. W pawilonie tym przechowywane były ponoć relikwie Buddy.
Widzieliśmy wiele świątyń buddyjskich, których w Japonii jest co niemiara. Na mnie jednak wielkie wrażenie wywarła niewielka świątynia w Koya-san.
Usadowiona w cedrowym lesie, z budynkami pozbawionymi polichromii przemawiała do mnie naturalnym kolorytem drewna, gdzie mnich uderzał w dzwon wzywający głębokim, wibrującym dźwiękiem do wieczornej medytacji i modlitwy. Dźwięk japońskich dzwonów wydobywany jest poprzez uderzanie w nie niczym taranem drewnianymi belkami zawieszonymi na linach lub łańcuchach.
Przy świątyniach buddyjskich często spotkać można wiele artefaktów tej wiary świadczących o jej żywotności: wielkie bryły kryształu górskiego, będącego wskaźnikiem natury umysłu, rzędy małych posążków umieszczanych w roli wot życzeniowo-dziękczynnych czy młynków modlitewnych.
Odnoszę wrażenie, że świątynie to jedne z nielicznych miejsc, w których ma się okazję zaobserwować coś z prywatności Japończyków. Na ich twarzach pojawia się cień emocji podczas, gdy obmywają ręce przy studniach, gdy zapalają trociczki w kadzielnicach, pochylają głowy i się kłaniają klaszcząc w określonym rytmie przed sercem świątynnym, do którego turyści wstępu nie mają.
Spotyka się w nich także ludzi w różnym wieku ubranych w tradycyjne japońskie stroje: kobiety w barwnych kimonach, mężczyzn w bardziej stonowanych ich wersjach uzupełnione o spodnie hakama.

Często są to rodzice przyprowadzające swoje dzieci w wieku 3, 5, 7 lat w celu prezentacji ich bogom.
Święto to jest ustawowo wolne od pracy, a obchodzone jest w zasadzie przez każdy listopadowy weekend. Dzieci starannie poubierane w kimona wyglądają ślicznie, jak porcelanowe laleczki. Dumnie kroczą w klapkach japonkach, którymi zastąpiono dawne koturny.
Do tego rodzaju obuwia, powszechnie noszonego w tym kraju dostosował się też przemysł, produkując specjalne dwupalczaste skarpetki o różnych rozmiarach i grubościach. Tradycyjne stroje często też wybierane są przez nowożeńców na ceremonię zaślubin lub z okazji innych uroczystości.
O ile do świątyń ludzi wiedzie duchowość, o tyle do zamków władców raczej tylko ciekawość.
Zamki cesarskie i znamienitych shogunów to zazwyczaj budowle imponujące swą wielkością, architektonicznym przepychem i smakiem. Niestety ich wnętrza są zupełnie puste. Nie ma w nich żadnego wyposażenia oprócz mat tatami i malowideł na rozsuwanych ścianach. Trudno sobie zatem wyobrazić, jak wglądało prowadzone w nich życie, tym bardziej, że malowidła ograniczają się do obrazów krajobrazów i natury pełnej symboliki, trudnej teraz do rozszyfrowania.
Zamek w Nijo w Kioto zaczął tworzyć szogun Tokugawa (ok. 1600 r.), a po jego upadku został przejęty na pewien czas przez cesarza. Jest to prawdopodobnie najlepiej zachowany przykład architektury zamkowych pałaców z epoki feudalnej Japonii.
Zachowany w pierwotnej formie składa się z wielu oddzielnych pawilonów, połączonych ze sobą korytarzami z tzw. „słowiczymi podłogami”, które wydają ćwierkający dźwięk, gdy się po nich stąpa. Miało to ostrzec przed zakradającymi się wrogami np. przed wojownikami ninja.
Zamek Osaka nazywany złotym lub brokatowym to 8 piętrowy budynek zbudowany na dwóch nasypach z ziemi i ciosanych kamieni, otoczony fosą. Główny budynek ma osiem pięter, posiada wysoki fundament z kamienia, który miał bronić mieszkańców przed atakami uzbrojonych w miecze najeźdźców. Mury zbudowane są z bloków granitowych, bez użycia zaprawy.
Niektóre bloki skalne mają imponujące rozmiary, tak że trudno wyobrazić sobie, jak zostały tu przetransportowane. Wnętrza zamkowe są puste, tylko na dziedzińcu można spotkać rozbawionego samuraja, który zdaje cieszyć się z faktu, iż może zaprezentować swoje umiejętności walki krzyżując broń z każdym, kto czuje się do tego na siłach.
Samurajowie byli wojami na usługach japońskich dostojników, ale z czasem stali się panującą klasą wojowników. Walczyli dwoma mieczami: długim i krótkim. Cechowały ich takie wartości jak odwaga, honor i lojalność. Po pojawieniu się broni palnej w Japonii stali się nieprzydatni i przewrotnie można stwierdzić, że „przeobrazili” się w członków yakuzy.
Jedną z najstarszych istniejących do dziś budowli Japonii jest Zamek Białej Czapli w Himeji, wpisany na listę światowego dziedzictwa, należy do Skarbu Narodowego Japonii.
Został zbudowany na wzgórzu, a rozłożyste Dachy pagody przypominają skrzydła czapli zrywającej się do lotu. Biała kolorystyka na tle błękitnego nieba, dodatkowo w otoczeniu drzew kwitnącej wiśni lub jesiennych barw czynią go bajecznym i legendarnym.
Niestety jego wnętrza także są puste, tylko na jednym z pięter tkwi smętnie „wydmuszka” smuraja.
Nigdy nie został zniszczony przez trzęsienia ziemi, pożary, ani w czasie walk, nawet w czasie II wojny światowej. Zachował przez to swój oryginalny kształt i zewnętrznie przemawia swą autentycznością.
Jak historia zatacza swój krąg najwyraźniej można zaobserwować i dostrzec na cmentarzach. W ślad za powiedzeniem: „Pokażcie mi wasze cmentarze, a powiem wam, jacy jesteście” (3) odwiedziliśmy cmentarz Okunoin (819 r.), największy w Japonii, zarazem jedno z najświętszych miejsc z liczbą grobów przekraczającą 200 tysięcy.
Cmentarz znajduje się na świętej górze Koya-san w pobliżu Osaki. Pochowano na nim wielu słynnych shogunów, przywódców militarnych, wybitnych osobistości, a współcześnie po prostu ludzi bogatych. To prestiżowa nekropolia. O jej wieku świadczą licznie rosnące strzeliste, wiekowe cedry, przez które z trudem przemykają słoneczne promienie, a grobowce porośnięte są grubym zielonym mchem.
Współczesność zawitała tu w postaci grobowców-pomników wystawianych przez korporacyjnych szogunów dla pracowników, którzy „w służbie” dla korporacji oddali swe życie zapracowując się na śmierć – dzisiejszych korporacyjnych samurajów.
Nawiązując ponownie do zacytowanego wyżej zdania: […] „ a powiem jacy jesteście” chcę wspomnieć, że w Tokio byliśmy na cmentarzu przy kontrowersyjnej świątyni Yasukuni, na którym upamiętniono 14 zbrodniarzy wojennych klasy A, skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu po II wojnie światowej. Cmentarz ten nie należy bynajmniej do zaniedbanych i zapomnianych, wręcz przeciwnie jest odwiedzany przez prominentne osoby i polityków, a także zwykłych obywateli, którzy kłaniają się w podzięce i uznaniu dla tych którzy gorliwie i z poświęceniem wykonywali rozkazy ku chwale cesarstwa Japonii.
A na górze Koya -san na wielu grobach przycupnęły niewielkie posążki ubrane w czerwone czapeczki i fartuszki lub śliniaczki, które mają chronić zmarłe dzieci po drugiej stronie, w innym wymiarze. Kolor czerwony w shinto i buddyzmie ma moc odstraszania złych duchów. Tak bliscy pragną zadbać o spokój i bezpieczeństwo swoich zmarłych.
W Koya-san spaliśmy w hotelu zbudowanym w stylu tradycyjnego domu japońskiego. Starannie zaaranżowany, w którym wzdłuż długich korytarzy usytuowano pokoje z przesuwnymi drzwiami i ścianami umożliwiającymi łączenie wnętrza w bardziej otwarte przestrzenie, z drewna bambusowego, uzupełnianego papierem ryżowym, z podłogami wyłożonymi matami tatami. Otaczający go ogród stanowił integralną część kompleksu i zachwycał formą i jesiennymi barwami. Wystrój recepcji daleki był jednak od japońskiego minimalizmu.
Spaliśmy tam na materacach – futonach rozkładanych na podłodze i mimo, iż temperatura na zewnątrz była bliska zeru i ogólnie w domu było zimno, to w pokoikach sypialnych wstawiono grzejniki elektryczne co znakomicie poprawiło nam nastrój. Większym wyzwaniem było ucztowanie przy wegetariańskiej kolacji i śniadaniu w tradycyjnej pozycji Vajrasana, na kolanach.
W Kanazawie o zmroku odwiedziliśmy Higashi- Chyagai – dzielnicę herbaciarni i gejsz.
Wzdłuż wąskich uliczek, pustych o tej porze, spokojnych i cichych stały rzędy niskich drewnianych domków oświetlonych lampionami, mogących stanowić gotową scenografię do filmu. Przez ażurowe, dyskretnie zasunięte drzwi przedostawało się przyćmione światło. Wolno przemykające uliczkami od czasu do czasu limuzyny i młodziutkie gejsze ze smartfonami w dłoniach mogły uchodzić za obraz continuum czasowego, namacalnego łącznika historii i teraźniejszości.
Historia i religia w Japonii są ze sobą mocno powiązane wpływając nie tylko na kulturę, ale określając tożsamość narodową i tamtejsze normy życia społecznego.
Poruszając się jednak po ulicach metropolii krzyczących błyskotliwymi obrazami i neonami reklam trudno nie odnieść wrażenia, że normy te jakby zagubiły się w tym zgiełku i nie mają współcześnie praktycznego zastosowania. Jednak z pozycji turysty trudno jest oceniać, jak głębokie jest to zjawisko?
Autor tekstu i zdjęć: Janka Dąbrowska
(1) – Rafał Brenner
(2) – Biuro Podróży INVITATIO BIS)
(3) – W. Churchil
C.d.n. – Japonia – listopad 2025. Przyrodniczo
– Japonia – listopad 2025. Cywilizacyjnie



































































Dziękuję za świetną relację z naszej japońskiej wyprawy! Fajnie było wrócić wspomnieniami do tych wszystkich chwil. To była wspaniała przygoda i cieszę się, że mogłyśmy przeżyć ją razem.
Pieknie, orientalnie, podroz w nieznane. Zastanawiam sie, ze wielu znajomych podrozowalo przez do Dohe, ale nikt nie wspomnial o tych cudownosciach, o tym buszu! Moze mieli za krotki postoj 🤔. Piekna podroz w nieznane, troche nieprzychylne obcym miejsce. Obiekty zachwycajace i zadziwiajaco trwale konstrukcje patrzac na to niestabilne 'podloze’.
Każda podróż wzbogaca i uczy, jeżeli tylko „widzimy”, „słuchamy” i potrafimy wyciągać wnioski.
Super, lubię takie relacje z podróży, daje to trochę inspiracji do własnych wyjazdów